Panna młoda zmarła na własnym ślubie i została przewieziona do kostnicy, ale jeden z pracowników zauważył coś dziwnego: jej twarz była różowa, jakby wciąż żyła, a jej serce biło. Potem wydarzyło się coś, co wszystkich śmiertelnie przeraziło…
Panna młoda miała na imię Alina. Przywieziono ją do kostnicy późną nocą – w białej sukni, z rękami złożonymi równo, jakby zasnęła w środku przyjęcia.
Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Podczas ceremonii nagle zbladła, poczuła zawroty głowy… i upadła przed ołtarzem. Lekarze stwierdzili – zawał serca. Nikt nie mógł jej pomóc.
Ale w kostnicy działo się coś niedobrego.

Pracownica – doświadczona kobieta, przyzwyczajona już do ciszy i chłodu śmierci – natychmiast to wyczuła. Kiedy podeszła do ciała, pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, było to, że jej twarz nie była blada jak u pozostałych. Była lekko zaróżowiona, wydawała się wręcz ciepła.
— Dziwne… — mruknął.
Dotknął jej nadgarstka. Zimny… ale nie lodowaty.
I nagle — ledwo wyczuwalny.
Bęben.
Zamarła.
Na początku myślała, że to sobie wyobraża. Ale nie.
Bęben… bęben…
Słaby, nieregularny, prawie zanikający… ale serce biło.
Kobieta nagle cofnęła rękę i pochyliła się bliżej, wstrzymując oddech. I w tym momencie powieki panny młodej zadrżały.
Bardzo powoli… prawie niezauważalnie.
Ale stało się.
— O mój Boże… — wyszeptała, cofając się.
I wtedy się stało.
Alina wzięła nagły oddech.
Głęboko. Skurczowo. Jakby wynurzyła się po długim nurkowaniu. Jej pierś uniosła się, palce zacisnęły, paznokcie wbiły się w sukienkę.
Pracownik krzyknął.
W całym budynku włączył się alarm. Ludzie pobiegli w jego stronę – lekarze, ochroniarze, dyżurni. Wszyscy stali przy drzwiach, nie śmiąc podejść bliżej.
Alina powoli usiadła.
Otworzyła oczy… ale nie miały w sobie typowego ludzkiego wyrazu. Były szkliste, puste – jakby nie patrzyła na ludzi, a raczej patrzyła przez nich.
„Gdzie… on jest?” wyszeptała ochryple.
Nikt nie odpowiedział.
„Gdzie jest mój narzeczony?” zapytała ponownie, głośniej.
Jeden z lekarzy ostrożnie podszedł bliżej.
„Jest bezpieczny… po prostu zemdlał…”
Ale nagle odwrócił głowę w jej stronę.
„Nie” – powiedziała cicho. „Byłam tam”.
W pomieszczeniu zrobiło się chłodniej.
„Gdzie jest to „tam”?” – zapytał ktoś z tyłu.
Alina powoli się uśmiechnęła. Ale ten uśmiech nie był radosny. – Gdzie on jest?

– Jej narzeczony? Żyje…
– Nie.
Pokręciła głową.
– Stał tam obok mnie. W ciemności. I zawołał mnie. Powiedział, że to już się zaczęło.
– Co się zaczęło? – zapytała pracownica, ledwo powstrzymując drżenie.
Alina spojrzała na swoje dłonie. Na nieskazitelnie czystą białą suknię.
I wyszeptała:
– Umarł przede mną.
Wszyscy spojrzeli na siebie.
– To niemożliwe – powiedział lekarz. – Był na ślubie.
– To nie był on.
W tym momencie z korytarza dobiegł krzyk.
Wbiegł jeden z gości, którzy przynieśli ciało, blady jak ściana.
– Narzeczony… – wysapał. – Znaleźli go… w samochodzie… martwego…
Cisza.
Ktoś upuścił instrumenty.
Alina powoli wstała od metalowego stołu. Jej stopy dotknęły podłogi.
„Czekał na mnie” – powiedziała cicho. „Ale nie poszłam”.
„Dlaczego?” – wyszeptał pracownik.
Alina spojrzała na niego – i po raz pierwszy w jej oczach zabłysło coś żywego. Prawdziwego.
„Bo ktoś musiał wrócić, żeby mnie ostrzec”.
„Po co?”
A potem nagle zgasło światło.
Maszyny zaczęły syczeć.
Drzwi głośno zatrzasnęły się.
W całkowitej ciemności rozległ się kolejny dźwięk.
Nie kroki.
Żadnego dźwięku.
Ale cichy… drugi oddech.
Gdzieś w pobliżu.
A panna młoda wyszeptała:
„On już tu jest”.







